Szwajcarski porządek i cudowny uzdrowiciel

Przed wyjazdem najbardziej byłem podekscytowany, ale również zaniepokojony perspektywą odwiedzenia Szwajcarii. Wyobrażałem sobie mordercze podjazdy, ośnieżone, alpejskie szczyty dookoła i wylewające się zewsząd bogactwo w postaci luksusowych domów, sportowych samochodów i wytwornie ubranych przechodniów. Sporym zaskoczeniem były zatem raczej płaskie etapy, sporadycznie ukazujące się na horyzoncie góry, a także niemalże ciągła przeprawa przez tereny wiejskie z niewielkimi wyjątkami w postaci wizyt w największych miastach kraju. Nie była to bynajmniej negatywna niespodzianka! Swojska atmosfera unosząca się w powietrzu, a także sympatyczni ludzie i wyjątkowo komfortowe warunki do jazdy dla rowerzysty sprawiły, że wspomnienia związane z ojczyzną Helwetów są dla mnie jednymi z najprzyjemniejszych z całej wyprawy.

Zurych

Finansowa stolica Szwajcarii skradła moje serce już od pierwszych chwil pobytu. Pierwszym miejscem, któremu dałem się oczarować jest tutejsze jezioro o krystalicznie czystej, bajkowo błękitnej wodzie. Po jego tafli leniwie pływają śnieżnobiałe łabędzie, a u brzegu zacumowane są luksusowe jachty i łódki czekające na swych pochłoniętych pracą właścicieli. Widok zaiste zachwycający i od razu przywołujący na myśl krajobrazy z pocztówek.

W pobliżu jeziora znajduje się rozległy, idealnie zadbany park kuszący mieszkańców, aby choć na chwilę porzucili swe codzienne obowiązki i udali się na błogi odpoczynek na równo przystrzyżonej trawie w cieniu licznie porastających go drzew. Tak się złożyło, że tego dnia każdy z nas dociera do miasta w swoim tempie, więc drugie śniadanie zjadam samotnie na jednej z ławek kontemplując otaczającą mnie przyrodę. W pewnym momencie, dość zaskakująco, zagaduje mnie Polka, która zauważyła dumnie powiewającą na moim bagażniku biało-czerwoną flagę. W krótkiej rozmowie wyraża niemały zachwyt naszym przedsięwzięciem, co pozwala dokarmić nieco moje wiecznie nienasycone ego.

Dalsze zwiedzanie kontynuujemy już w komplecie aczkolwiek czynimy to w bardzo sprawnym tempie, gdyż wielkimi krokami zbliża się zmrok, który mamy nadzieję przywitać z dala od miejskich zabudowań. Na pięknie wybrukowanych ulicach widujemy niemalże wyłącznie turystów, lokalni mieszkańcy budzą się do życia towarzyskiego dopiero w późnych godzinach popołudniowych, jak przystało na prawdziwych Szwajcarów mających bardzo poważne podejście do pracy. Szybko można się zorientować, że w całym mieście panuje nienaganny porządek znacznie dodający mu walorów estetycznych. Zabudowa jest gęsta, ale w żaden sposób nieutrudniająca przemieszczania się, gdyż nie doświadczymy tutaj rozszalałych tłumów, co rusz się o nas potykających i ocierających. Panuje tutaj niezwykle przyjemna i odprężająca atmosfera niemająca nic wspólnego ze zgiełkiem innych atrakcyjnych dla przeciętnego podróżnika miejscowości. Zatem, Drogi Czytelniku, jeżeli zastanawiasz się, gdzie spędzić spokojny czas z dala od morza, a jednocześnie poczuć śródziemnomorski klimat połączony z bliskością alpejskich szczytów to sądzę, że Zurych może Cię zainteresować!

Wybawiciel

Od pewnego czasu spore kłopoty sprawia mi kłujący ból w kolanie nasilający się szczególnie podczas wymagających podjazdów. Sprawa jest na tyle problematyczna, że bardzo często nie jestem w stanie nadążyć za resztą ekipy, co doprowadza do konieczności czekania na mnie albo sporadycznego rozdzielania się. Przełom następuję jednak w najmniej spodziewanym momencie. Podczas krótkiego relaksu w niewielkim miasteczku na drodze z Lucerny do Lozanny spotykamy innego turystę rowerowego, pół Szwajcara, pół Francuza wracającego do swojego domu we Francji. Marcus, bo tak ma na imię, gdy się dowiaduje, o moich dolegliwościach fizycznych wyciąga ze swojego ekwipunku małą buteleczkę z tajemniczym specyfikiem mającym rzekomo cudowne właściwości lecznicze. Nie mając nic do stracenia przyjmuję podarek i jak się później okazuje, po kilku dniach stosowania, ból niemalże całkowicie ustaje. Niesamowite zrządzenie losu, a także bezinteresowna pomoc od obcego człowieka być może umożliwiają mi dalsze kontynuowanie podróży. Czy ludzie nie są wspaniali?

Lozanna

Ostatnie momenty przed chwilowym rozstaniem. W Lozannie nasze drogi się rozejdą na pewien czas. Piotr wyruszy na wschód, do górskiego Verbier, aby odwiedzić swoją córkę, my zaś udamy się dalej na południowy zachód kierujący się ku francuskiej granicy. Najpierw jednak czeka nas zwiedzanie pięknej Lozanny leżącej u brzegu Jeziora Genewskiego. Francuskojęzyczna stolica kantonu Vaud nie jest tak poukładana i uporządkowana jak Zurych, ale inne walory czynią z niej równie atrakcyjne miejsce do odwiedzenia. Na mnie szczególne wrażenie wywarł widok z ulokowanych na wzgórzach tarasów ukazujący na pierwszym planie domy pokryte czerwoną dachówką i tutejsze kościoły ze strzelistymi wieżami, a na drugim hipnotyzująco piękne alpejskie szczyty piętrzące się w oddali. Warto także udać się do wnętrza dominującej nad starówką katedry uważanej za najważniejszy przykład wczesnogotyckiej architektury w Szwajcarii. Bardzo przyjemny może się również okazać spokojny spacer wąskimi uliczkami dzielnicy handlowej lub uroczego starego miasta w znacznym stopniu pozbawionego ruchu samochodowego.

Na południe

Jako, że do Lozanny dojechaliśmy już wczesnym rankiem, to jeszcze tego samego dnia udaje nam się dotrzeć do Genewy, która z kolei całkowicie zawiodła moje oczekiwania. W moim odczuciu jest bardzo ponura i mająca niewiele do zaoferowania pod względem wizualnym. Dlatego bardzo szybko ją opuszczamy i zmierzamy ku znajdującej się w niewielkiej odległości francuskiej granicy. Wciąż nie zdecydowaliśmy, czy udamy się na górską przeprawę do Grenoble, czy może wybierzemy znacznie bardziej płaską trasę wzdłuż rzeki Rodan udając się wcześniej w stronę Lyonu.

 

Dodaj komentarz

Scroll to top