Niespodzianka w Ejlacie i powrót

Autostop nie zawsze jest piękną przygodą polegającą na wystawieniu kciuka przy drodze po to żeby już po chwili być zabranym przez uśmiechniętą i rozgadaną osobę, która całkowicie za darmo dowiezie nas do wymarzonej destynacji fundując po drodze wykwintny obiad. Czasem trzeba swoje odstać przy lejącym się z nieba żarze, będąc ledwo widocznym w chmurze unoszącego się dookoła pyłu, a innym razem solidnie zmoknąć i zmarznąć zanim znajdzie się wybawiciel mogący pomóc nam przemieścić się chociażby kilkanaście kilometrów. Nawet w uchodzącym za autostopowy raj Izraelu mogą przydarzyć się tego typu problemy o czym przekonaliśmy się na własnej skórze.

Droga do Ejlatu

Wypełzamy z namiotu wczesnym rankiem i na piechotę udajemy się na wyszukaną wcześniej wylotówkę obserwując po drodze jak miasto powoli budzi się do życia. Docieramy do zajezdni, z której, co rusz odjeżdżają busy zabierające młodych żołnierzy wracających z przepustki do bazy wojskowej w Beer Shewie. Miejsce wydaje się być całkiem dobre jednak po kilkudziesięciu minutach bezskutecznego łapania, nie dostrzegając nawet żadnej reakcji ze strony mijających nas kierowców, zaczynamy podejrzewać, że coś jest nie tak. Kolejne godziny mijają nam na wygrzewaniu się w izraelskim słońcu, krztuszeniu się otaczającym nas pyłem i zmienianiu, co pewien czas miejscówki, co niestety nie przynosi pożądanego efektu. W końcu postanawiamy wesprzeć nieco swoje szczęście wsiadając do lokalnego busa i tym sposobem, na raty i różnymi środkami transportu, późnym wieczorem dojeżdżamy do Ejlatu, w którym jesteśmy umówieni z dość liczną grupą podróżników z Polski. Po obowiązkowym zintegrowaniu się z rodakami, rozbijamy namiot na plaży w pobliżu granicy z Egiptem powiększając jeszcze powstałą tam wcześniej polską kolonię.

Na pustyni

Naszym początkowym planem na spędzenie ostatniego dnia w Izraelu było po prostu błogie wylegiwanie się u brzegu Morza Czerwonego przeplatane z podziwianiem znajdującej się tutaj rafy koralowej. Jednak od nowo poznanych znajomych dowiadujemy się, że w pobliżu, tuż za najbliższym wzgórzem, zaczynają się bardzo interesujące szlaki trekkingowe prowadzące przez pustynię Negev. Niezwykle zaintrygowani, decydujemy się zmienić pierwotne zamiary i sprawdzić prawdziwość tych rekomendacji. Chyba przez nadmierne podniecenie wywołane perspektywą zbliżającej się przygody, umknęła nam informacja, że przeprawa ta nie należy do najłatwiejszych i powinniśmy zaopatrzyć się w odpowiednią ilość wody. Oczywiście zabieramy ze sobą wodę! Aczkolwiek nie jestem do końca przekonany, czy 0,5l na dwie osoby na około dwudziesto-kilometrową wędrówkę przez górzystą pustynię przy pełnym słońcu bezpośrednio padającym na nasze głowy można uznać za akceptowalną ilość…

Wszystkie szlaki zaczynają się zaledwie kilkaset metrów od drogi prowadzącej z Ejlatu do Taby na wysokości ostatniej plaży przed granicą. Każdy z nich prowadzi do licznych punktów widokowych, z których roztacza się piękny widok na najbliższą okolicę, a także bardziej oddalone Egipt i Jordanię. Po drodze nie spotyka się zbyt wielu osób dzięki czemu bez trudu można wczuć się w klimat surowości i dzikości tego miejsca. Krajobraz przez większość czasu jest bardzo podobny jednak raz na jakiś czas można trafić na urozmaicające doznania wizualne wyschniętą rzekę, ciasny kanion, w którym zaznamy odrobiny cienia lub fantazyjne formy skalne będące schronieniem dla chowających się przed gorącem zwierząt. Oprócz niełatwych warunków atmosferycznych sporym utrudnieniem podczas wędrówki jest ukształtowanie terenu zmuszające niekiedy do całkiem stromych podejść, jednak nawet mimo tego każdy powinien być w stanie pokonać całą trasę, bez względu na wybrany szlak, w maksymalnie 4-5 godzin.

Nawet mimo znacznego dyskomfortu wywołanego pogłębiającym się z każdą chwilą odwodnieniem, nasza pierwsza w życiu wizyta na pustyni była cudownym doświadczeniem, jednym z najlepszych z całego wyjazdu, a przy tym totalnie zaskakującą, bo o miejscu tym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy nawet wzmianki. Potwierdza się zatem, że czasem to, co najlepsze spotyka nas spontanicznie i bez zapowiedzi!

Przed wybraniem się na taki trekking zdecydowanie polecam wyposażyć się w odpowiednią ilość płynów. My mieliśmy sporo szczęścia, że po około dziesięciu kilometrach spotkaliśmy wybawcę, który podzielił się z nami wodą, ale w takich warunkach, tego rodzaju nieodpowiedzialność może skończyć się bardzo nieprzyjemnie.

Powrót

Ostatnią zaplanowaną atrakcją naszego pobytu w Izraelu jest zobaczenie rafy koralowej występującej tuż przy brzegu Morza Czerwonego. Udaje nam się to dzięki niezwykle uprzejmemu Węgrowi, który pożycza nam maski z rurką ostrzegając przy tym, że zauważył w głębinach bardzo trującą rybę, nie wyjaśniając jednak jak ona wygląda. Nie mamy zamiaru dotykać żadnych morskich stworzeń, więc bez obaw oglądamy bujny, podwodny świat. Widok jest zaiste niesamowity i niezwykle cieszy fakt, że nie trzeba wybierać się aż na australijską Wielką Rafę Koralową, aby go doświadczyć.

Lot powrotny mamy z tego samego, wojskowego lotniska Ovda, na którym wylądowaliśmy, jednak nie spodziewaliśmy się, że przy okazji drogi powrotnej również mogą czekać nas jakiekolwiek uciążliwe formalności. Zanim zostanie się wpuszczonym na pokład należy przejść szczegółową kontrolę bagażu na każdym z czterech punktów kontrolnych, a także odpowiedzieć na szereg pytań związanych z właśnie kończącym się pobytem i ewentualnymi, przeszłymi wizytami w krajach arabskich. Proces ten nie należy do najprzyjemniejszych i najsprawniejszych jednak finalnie, bez większych problemów wracamy do ojczyzny bogatsi o piękne wspomnienia i przeżycia.

Dodaj komentarz

Scroll to top