“Na moście w Avignon…”

Po kilku dniach spędzonych w trzyosobowym składzie w końcu ma nastąpić ponowne połączenie sił z Piotrem. Na spotkanie umawiamy się w zabytkowym Avignon. W zasadzie to miało do niego dojść już jakiś czas wcześniej, aczkolwiek przez ograniczony kontakt i nieskoordynowane decyzje podjęte na trasie wszystko się nieco opóźniło.

Avignon

Do miasta docieramy przed południem i widząc tłumy turystów przewalające się przez uliczki postanawiamy obejrzeć jedynie mury wraz ze słynnym mostem i jak najszybciej uciekać w dalszą drogę. Nasza wizyta w dawnej siedzibie papieży będzie zatem nieprzyzwoicie ekspresowa. Ktoś mógłby nawet posądzić nas o zlekceważenie tego słynnego na cały świat miejsca, ale cóż, nie należymy do fanów lawirowania z rowerami wśród zastępów zwiedzających.

O moście z Avignon słyszał chyba każdy. I to dosłownie, bo śpiewało o nim wielu twórców, w tym kilku polskich, między innymi Ewa Demarczyk, czy zespół Kombi. Po przeprawie przez mury obronne, których faktyczne walory defensywne budzą spore kontrowersje wśród specjalistów, dociera się do kas biletowych. Nie wiem, czy to reguła, ale w momencie naszej wizyty nie było żadnej osoby sprawdzającej bilety (nic nie sugeruję). Z samym mostem wiąże się ciekawa legenda. W skrócie – dawno, dawno temu, młody pasterz miał usłyszeć głos z nieba nakazujący mu budowę mostu, jednak, co niezwykle zaskakujące, ludzie nie bardzo chcieli mu w to uwierzyć. Finalnie skończyło się na tym, że musiał udowadniać pozaziemski charakter sprawy dźwigając wielką skałę spod pałacu miejscowego hierarchy i przenosząc ją nad brzeg Rodanu. Zgaduję, że kamień ten od dłuższego czasu im tam wadził, a biedny pasterz pozbył się problemu za, co jedyną nagrodą była późniejsza kanonizacja, a to i tak nie jest pewna informacja! Ech…

Słynny most w Avignon

Pech trwa

Kolejnego dnia wyruszamy już o 7 rano. Zwiedzając po drodze całkiem urocze miasteczko (którego nazwy nie pamiętam) pokonujemy 20 km pozostałe do następnego celu naszej wyprawy. Po raz n-ty podczas wyjazdu, tuż przed samym Arles, łapię gumę w tylnym kole. Napełnia mnie to dość solidną dawką irytacji. Gdybym jednak wiedział, co za kilka godzin spotka Maćka, to dziękowałbym światu, że mój rower dotykają jedynie tak błahe problemy.

Mały Rzym

Początkowo nie mieliśmy w planach przyjeżdżać do Arles, szczerze mówiąc wcześniej nawet o nim nie słyszeliśmy, ale wraz z pobliskim Nimes serdecznie polecił nam je zobaczyć Tomek, o którym wspominałem w jednym z poprzednich wpisów (jeden z poprzednich wpisów). 

Miasto w pierwszej chwili przywołało mi na myśl Rzym, co absolutnie nie jest złym skojarzeniem. Dawniej pełniło ono funkcję jednej z najważniejszych kolonii Juliusza Cezara. Łatwo się tego domyślić spoglądając na ruiny amfiteatru, łaźni miejskich, a przede wszystkim usytuowanego w centrum starówki mini-koloseum, będącego dziś areną bezkrwawej corridy, w której walczy się z bykiem o czerwoną kokardę przywiązaną do jego głowy. W Arles powstały również najważniejsze obrazy Vincenta Van Gogha, a także właśnie tutaj stracił ucho.

Gdy po kilku godzinach spokojnego zwiedzania zaczynamy się powoli zbierać do dalszej drogi, nagle słyszymy potężny huk (serio był głośny, w pierwszej chwili myślałem, że to bomba albo, co najmniej, solidna petarda). Przyczyną całego zamieszania okazuje się być dętka Maćka, a raczej to, co z niej zostało. Chyba napompował ją “odrobinkę” za mocno przez, co eksplodowała dziurawiąc przy okazji oponę, a nawet wyginając felgę. Aż do kolejnego większego miasta, czyli dobre kilkadziesiąt kilometrów, zmuszony jest przemieszczać się z prowizorycznie obklejonym szarą taśmą kołem.

Małe Koloseum

W poszukiwaniu flamingów

Po wyjeździe z Arles kierujemy się w stronę wybrzeża po to, aby odbić dalej na zachód i przejechać przez park z dziką przyrodą. Podobno mamy w nim spotkać majestatyczne flamingi, a przy odrobinie szczęścia również inne cuda fauny i flory. Teren jednak okazuje się być wielkim mokradłem porośniętym gęstymi chaszczami i sporadycznie poprzecinanym drogami asfaltowymi. Jak łatwo się domyślić, niełatwo dostrzec jakiegokolwiek różowego stwora w tym buszu. Co jakiś czas natrafiamy na odnogę od głównej ulicy dochodzącą do samego Morza Śródziemnego, które na całym odcinku, nawet kilkadziesiąt metrów od brzegu, jest niezwykle płytkie. Sięga zaledwie do wysokości kolana, a dodatkowo na dnie zalega gęsty muł i ostre kamienie. Zatem na prawdziwie przyjemne doznania związane z kąpielą w morzu przyjdzie nam jeszcze poczekać.

W końcu na Lazurowym Wybrzeżu!

Niedługo po wyjeździe z parku, trochę zawiedzeni, że nie udało nam się spotkać żadnego flaminga, przez przypadek zbaczamy nieco z trasy. Czyli mówiąc wprost gubimy się. Jednak dzięki temu, w jednym z mijanych jezior, widzimy stadko wesoło unoszących nogę flamingów. Zaiste uroczy widok! Tłumiąc buzujące w nas po ostatnim, niespodziewanym spotkaniu emocje, kontynuujemy jazdę w kierunku francuskiego wybrzeża. Gdy do niego docieramy znajdujemy miejsce na nocleg i w końcu fundujemy sobie chwilę od dawna wyczekiwanego, błogiego plażowania.

 

Dodaj komentarz

Scroll to top
%d bloggers like this: