Masada – krwawa twierdza

Rok 73 n.e. Wojska rzymskie z każdą chwilą coraz ciaśniej zaciskają pierścień oblężniczy wokół górskiej twierdzy usytuowanej nad Morzem Martwym odcinając znajdującym się w środku obrońcom i ich rodzinom jakąkolwiek drogę ucieczki. Jasnym staje się, że jedynie kwestią czasu jest kapitulacja ostatniej przeszkody na drodze najeźdźcy ku podporządkowaniu sobie całej Judei i zakończenie tym samym ciągnącej się ósmy rok wojny. Niedługo po zapadnięciu decyzji o ostatecznym szturmie mającym przerwać trwający do tej pory impas, w rzymskim obozie zapada konsternacja…

Noc nie należała do najcieplejszych, w kulminacyjnym momencie temperatura oscylowała prawdopodobnie w okolicach 5℃, ale ubrani w większość rzeczy zabranych ze sobą na wyjazd zdołaliśmy ją przetrwać bez zauważalnych uszczerbków na zdrowiu fizycznym, czy też psychicznym. Zanim ustawimy się na wylotówce do oddalonego o niecałe 15 km kolejnego celu naszej podróży postanawiamy sprawdzić cudowne właściwości lecznicze Morza Martwego. Oprócz faktu, że jest ono najniżej położonym punktem na świecie (około 430 m p.p.m. i wciąż się obniża) to słynie także z niespotykanego w żadnym innym morzu zasolenia osiągającego wartości bliskie 34%. Oznacza to teoretycznie tyle, że osoba zażywająca w nim kąpieli powinna mieć możliwość utrzymać się na powierzchni wody bez konieczności poruszania jakimikolwiek członkami swojego ciała. Decydujemy się sprawdzić w praktyce prawdziwość tej teorii zmuszając się do wizyty w tej lodowato zimnej wodzie i już po krótkiej chwili wracamy na plażę w pełni przekonani, że źródła, z których czerpaliśmy informacje się nie myliły. Po prysznicu zapewniającym jedynie nieznacznie cieplejsze doznania niż te sprzed chwili, udajemy się w  kierunku drogi prowadzącej do kolejnego obowiązkowego punktu naszej wycieczki – twierdzy Masada.

Pierwszy kierowca tego dnia wysadza nas po krótkiej, aczkolwiek bardzo przyjemnej rozmowie, na przystanku autobusowym, z którego pozostają nam do przejścia już tylko 2 km. Na dalszą część jazdy nie zostaje jednak sam, gdyż z tego samego miejsca zabiera kolejną trójkę autostopowiczów, również Polaków, którzy zmierzają do Jerozolimy. Życzymy rodakom powodzenia i kierujemy się w stronę ruin niegdyś niemal niemożliwej do zdobycia fortecy Heroda.

Masada, dawniej potężna twierdza żydowska usytuowana na szczycie samotnego płaskowyżu na wschodnim skraju Pustyni Judzkiej, dzisiaj zaledwie zgliszcza imponujących fortyfikacji skrywające mroczną przeszłość. W czasie najazdu Rzymian, w roku 73 n.e., 960-ciu obrońców zdających sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, w której się znaleźli zdecydowało się na podjęcie makabrycznego kroku. Zbiorowe samobójstwo. Wylosowana spośród żołnierzy grupa osób miała dokonać rzezi zarówno na swoich towarzyszach broni, jak i  własnych rodzinach również chroniących się w murach twierdzy. Następnie z pozostałych przy życiu wybrano ostatniego, który miał być wykonawcą ostatniego aktu planu. Z całego zajścia cało uszła zaledwie garstka kobiet z dziećmi, które znalazły azyl w zakamarkach fortecy. 

Dotarcie na sam szczyt możliwe jest na dwa sposoby, z pomocą kolejki linowej kursującej w obu kierunkach lub wspinając się przez około 30 min po całkiem stromych schodach tworzących tak zwaną “drogę węża”. Decydujemy się na tańszą i znacznie dla nas atrakcyjniejszą drugą opcję. Wdrapanie się na górę nie należy do najłatwiejszych, ale daje sporą satysfakcję i już po pół godzinie możemy odpocząć na pozostałościach murów obronnych i podziwiać otaczającą nas pustynię, widoczne nieopodal Morze Martwe i znajdujące się po jego drugiej stronie góry Jordanii. Z samej twierdzy do dnia dzisiejszego nie pozostało zbyt wiele, zwiedzenie całego, dość rozległego kompleksu, nie powinno zająć dłużej niż godzinę spokojnym tempem. Po sprawdzeniu każdego kąta i odwiedzeniu wszystkich punktów widokowych mając nadzieję na dotarcie przed zmrokiem do Jerozolimy udajemy się w drogę powrotną na przystanek, z którego rano zaczynaliśmy wędrówkę. Opuszczamy ruiny mając wyryte w głowach słowa przysięgi składanej tutaj po dzień dzisiejszy przez izraelskich żołnierzy :

“Masada już nigdy nie zostanie zdobyta.”

Jerozolima

Jedno z najświętszych miast trzech religii: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Miejsce, które po niedawnych wydarzeniach politycznych miało aż kipieć od nienawiści i złej energii. Każdy krok miał budzić niepewność i prowadzić do rychłego nieszczęścia. Media huczą, aby trzymać się od niego z daleka, bo powrót może być równie niepewny, co szansa na otrzymanie emerytury na stare lata. Decydujemy się jednak podjąć to ogromne ryzyko i przedostajemy się przez terytorium Palestyny, aby przed godziną 17 zameldować się w stolicy Izraela.

Pierwsze chwile pobytu przebiegają jednak zaskakująco spokojnie. Sytuacją najbardziej przypominającą oglądane w telewizji zamieszki jest starcie dwóch taksówkarzy głośno wymieniających swoje racje i dość jednoznacznie gestykulujących. Niemalże pewni, podejrzewamy jednak, że fakt nieznalezienia się do tej pory w centrum jakiegoś konfliktu zawdzięczamy jedynie naszemu ogromnemu szczęściu lub niebywałej ostrożności, którą staramy się cały czas zachowywać. Dzień zbliża się ku końcowi, a my bez przerwy czujnie wytężając wszystkie zmysły kierujemy się do hostelu, w którym mamy nadzieję znaleźć bezpieczne schronienie na noc. Bez szwanku, prawdopodobnie za sprawą boskiej opatrzności, udaje nam się przedrzeć przez sporą część dzielnicy arabskiej(!!!) i przekraczamy próg niezwykle barwnego Hebron Hostelu. Po posileniu się pozostałą resztką oferowanej przez naszych dzisiejszych gospodarzy darmowej kolacji układamy się do snu planując jutrzejszą eksplorację niebezpiecznych zakamarków tego świętego miasta.

Dodaj komentarz

Scroll to top