Karkonosze – pierwsze góry, pierwsze trudności

Witaj w pierwszej części serii tekstów opisujących wyprawę rowerową z Jeleniej Góry do Barcelony, która ostatecznie udowodniła mi, że nie ma rzeczy niemożliwych i podsyciła delikatnie tlący się we mnie żar zamieniając go w wiecznie głodny, kolejnych podróżniczych doznań, ogień. W całym przedsięwzięciu, które miało się odbyć w dniach 02.07.2017 – 29.07.2017 (ostatecznie z pewnych względów, o czym dokładniej w ostatnim wpisie, zakończyło się dzień później) towarzyszyli mi Maciek, Tomek i Piotr, z którymi miałem okazję połączyć siły dzięki jednemu z forów internetowych. Warto dodać, że był to mój pierwszy tak duży rowerowy projekt. Także w tym miejscu należą się chłopakom, serdeczne podziękowania za to, że zgodzili się przyjąć mnie pod swoje skrzydła. Mam cichą nadzieję, że tymi tekstami uda mi się przekonać choć jednego czytelnika, że marzenia mają ogromną siłę i gdy tylko czegoś bardzo chcemy, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się to wykraczać poza granice naszych możliwości, to jesteśmy w stanie tego dokonać uwalniając część z niemalże nieograniczonych pokładów tkwiącej w nas energii. Zatem dłużej już nie przynudzam i życzę przyjemnej lektury!

Początek

Jelenia Góra. Z trudem wydobywam z pociągu rower z przymocowanym do niego całym ekwipunkiem, który przez najbliższy, niemalże miesiąc, będzie miał zapewnić mi względny komfort, a także jak najbardziej zwiększyć moją szansę na dotarcie do upragnionego celu w stolicy Katalonii. Po obowiązkowym telefonie do rodziny z informacją, że przetrwałem ten etap podróży, siadam na ławce peronu i  jedząc pierwsze śniadanie zaczynam sobie wyobrażać jacy są pozostali członkowie naszej wyprawy. Wcześniej miałem okazję zamienić kilka słów jedynie z Maćkiem na integracyjnym piwie. O Tomku wiem jedynie tyle, że mieszka w Poznaniu i zna się z Maćkiem. Na temat Piotrka nie mam praktycznie żadnych informacji. Jestem jednak dobrej myśli mając nadzieję, że stworzymy wystarczająco zgraną drużynę, aby w komplecie zameldować się na mecie w Hiszpanii.

“Niewielki” nadbagaż 

Spotkanie

Po chwili spędzonej na świeżym powietrzu udaję się do wnętrza dworca żeby kontynuować oczekiwanie na moich kompanów. Pierwszy pojawia się Tomek ze swoim, znacznie profesjonalniej wyglądającym od mojego, rowerem. W tym momencie pierwszy raz w życiu, nie tylko widzę, ale w ogóle się dowiaduję, że można być posiadaczem roweru bez tradycyjnego łańcucha, a ze specjalnym, sporo wytrzymalszym, paskiem zamiast niego. Ta sytuacja dość jasno pokazuje jak niewielkim doświadczeniem dysponuję. Około 12:00 dołącza do nas reszta ekipy.

W drogę!

Jednym z moich pierwszych spostrzeżeń jest to, że jako jedyny nie jestem posiadaczem torby na kierownicę. W tym momencie nie uważam, aby mógł to być bardzo użyteczny element wyposażenia długodystansowego rowerzysty. Jednak po kolejnych 25-ciu dniach jazdy zmieniam swoje zdanie na ten temat. Krótkie przywitanie, pierwsze wspólne selfie i jeszcze przed 12:30 stajemy w szrankach gotowi rozpocząć wielką przygodę. Mamy nadzieję przebyć prawie 2700 km w ośmiu krajach po to, aby podziwiać architektoniczne cuda Gaudiego, a przy okazji zapewnić sobie wspomnienia, które będą nam towarzyszyć już do końca życia.

Pierwsze wspólne zdjęcie

Karkonosze, czyli pierwsze problemy

…ale na początek falstart. Nie zdążyliśmy przejechać nawet kilometra, a już musimy się zmagać z usterką w rowerze Maćka. W kasetę nieszczęśliwie wkręca się linka mocująca do bagażnika worek z częścią ekwipunku zatrzymując cały mechanizm. Nie wygląda to kolorowo, ale z opresji ratuje nas ogromne doświadczenie i zmysł majsterkowicza Piotrka. Sprawnie rozwiązuje problem umożliwiając nam kontynuowanie przeprawy przez polskie Karkonosze. Mimo, że ze sportem miałem całkiem sporo wspólnego w czasie swojej dotychczasowej egzystencji i nigdy nie bałem się zmęczyć przy okazji jakiejkolwiek z aktywności, których decydowałem się podjąć, to dopiero tego dnia uświadamiam sobie, że prawdziwego zmęczenia do tej pory nie miałem okazji doświadczyć.

Pierwsza usterka

Początek wspinaczki

W zasadzie od samego wyjazdu z dworca w Jeleniej Górze jedziemy pod górę. Jednak nie jest to spokojne pokonywanie różnicy wysokości napawając się otaczającym pięknem natury. Podjazdy na 15-sto kilowym rowerze z dodatkowymi piętnastoma kilogramami obciążenia w postaci całego, wyprawowego dobytku, dla nieodpowiednio przygotowanej fizycznie osoby są katorżniczą walką o każdy centymetr. Kolejne minuty mijają mi na rozmyślaniu, na jak odległej i niedostępnej wyspie Pacyfiku musiałbym się schronić, aby nie dotarły do mnie śmiechy znajomych wywołane oglądaniem relacji z akcji ratunkowej mającej na celu wyciągnąć mnie spod roweru, który chwilę wcześniej przygniótł moje totalnie wyczerpane ciało. Przez większość dnia zastanawiam się po, co tak naprawdę funduję sobie ten cały wysiłek i dlaczego po prostu nie rezygnuję. Jedynie na tęsknie wyczekiwanych zjazdach, szybko pozbywam się tych myśli i czuję, że jestem w stanie przezwyciężyć swoje fizyczne ograniczenia. Bo przecież jak to mówią – “ból jest chwilowy, chwała jest wieczna”!

Obozowisko

Mając w głowie to zdanie nie przerywam swojej walki z kolejnymi wzniesieniami i powoli przemieszczamy się w kierunku granicy z Czechami. Tuż przed nią docieramy do, najprawdopodobniej, najwyżej położonego tego dnia punktu w Jakuszycach i zaczynamy cudowny, kilkudziesięciominutowy zjazd do miejsca, w którym postanawiamy spędzić dzisiejszą noc. Po drodze wstępujemy jeszcze do przydrożnego baru, aby przywitać się z naszym południowym sąsiadem kosztując lokalnego piwa. Nasze 3 namioty i hamak (którego zwolennikiem jest Piotrek) rozkładamy na polanie w lesie niedaleko za Harachovem. Reszta wieczoru upływa nam na błogim odpoczynku, rozprawianiu o przeżyciach upływającego dnia i słuchaniu opowieści z niezwykle barwnego, jak się właśnie zaczynam dowiadywać, życia Piotra.

Pierwsze obozowisko

Wpis ten jest początkiem serii opisującej moją wyprawę rowerową z Jeleniej Góry do Barcelony w lipcu 2017 roku. Jeżeli chcesz przeczytać pozostałe, to polecam zajrzeć tutaj!

Dodaj komentarz

Scroll to top