Andora – na szczycie możliwości

Rejon Morza Śródziemnego opuszczamy bez pośpiechu, odbijając na zachód i powoli kierując się w stronę monumentalnego Carcassonne. Po drodze udaje nam się już po raz kolejny w czasie tej wyprawy rozdzielić, przez co większość drogi do punktu docelowego pokonujemy w dwóch dwuosobowych grupach - Maciek z Tomkiem i daleko za nimi, w ślimaczym tempie, ja z Piotrem.

Średniowieczna twierdza

Zamek Carcassonne jest jedną z największych atrakcji Francji. Jak nietrudno się domyślić, w sezonie ściągają do niego tłumy turystów ze wszystkich stron świata. W czasie, gdy Maciej z Tomkiem w komfortowych warunkach, bo wczesnym rankiem, zwiedzają mury twierdzy, ja z Piotrem wciąż jesteśmy daleko w drodze. Zupełnie się nie spiesząc, docieramy do miasta tuż przed południem, kiedy jest już ono pełne innych przyjezdnych. Z zewnątrz forteca wygląda naprawdę imponująco. Potężne obwarowania, strzeliste wieże i niemalże idealny stan zabudowań robi spore wrażenie nawet na laiku tego typu atrakcji jakim jestem ja. Gdy wchodzimy do środka, od razu możemy wczuć się w klimat dawnych czasów kiedy mieszkało tutaj 4000 osób, a przeciskanie się wąskimi uliczkami było nie lada wyczynem. Teraz jednak eleganckich mężów i wykwintnie ubrane damy zastąpili zniecierpliwieni turyści z aparatami, na miejscu rzemieślniczych kramów stoją sklepiki z pamiątkami, a zamiast dostojnych rycerzy na białych koniach, do zamku zjeżdżają spoceni rowerzyści z Polski. Kluczenie w gąszczu innych zwiedzających przyprawia nam więcej irytacji niż przyjemności, dlatego też wewnątrz spędzamy zaledwie kilkadziesiąt minut. Rzucamy przelotne spojrzenia na najciekawsze elementy budowli i czym prędzej uciekamy w stronę wyjścia, aby ruszyć w dalszą drogę.

Zmiana planów

Raz na jakiś czas podczas dotychczasowej podróży poruszaliśmy temat ewentualnego przejazdu przez Andorę, gdyby się okazało, że na końcowym etapie podróży wciąż będziemy mieli kilka nadmiarowych dni do zagospodarowania. Zawsze były to jednak nieśmiałe rozważania, z którymi nie wiązały się żadne nadzieje ani zobowiązania. Przed wyjazdem przyjęliśmy pewien drobny zapas czasowy na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, które mogłyby nas spowolnić, a poza tym nasze tempo było nawet lepsze niż pierwotnie zakładaliśmy. Mimo tego nikt na poważnie nie proponował zmiany trasy i potrzebny był nam impuls, aby rozpocząć konkretne rozważania w tej kwestii. Takim impulsem okazuje się być komunikat Piotra, który oznajmia nam, że zamiast leniwej jazdy wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża woli prawdziwy test swoich fizycznych możliwości na andorskich przełęczach. Po kilku dniach rozmyślań, u samego podnóża Pirenejów, gdzie mamy ostatnią szansę na zjazd w kierunku Morza Śródziemnego, podejmujemy jedyną słuszną decyzję. Jedziemy do góry!

Początkowa wersja trasy
Ostateczna wersja trasy

Droga na szczyt

Na początkowych etapach podjazdu, przez większość czasu towarzyszy nam mżawka. Może to dzięki niej i chmurom zasłaniającym słońce jazda jest tak przyjemna. Mimo, że w zasadzie bez przerwy przemieszczamy się tylko w górę i to pod całkiem niemałym kątem, to nie czuję wcale większego zmęczenia niż we wcześniejszych, teoretycznie łatwiejszych momentach wyprawy. Ponadto wypełniająca mnie adrenalina i świadomość robienia czegoś niestandardowo fajnego sprawia, że z mojej twarzy nie znika uśmiech. Pokonywanie kolejnych serpentyn przerywamy, co jakiś czas, aby pozachwycać się przez chwilę pięknem Pirenejów, które przykryte nisko zawieszonymi chmurami wyglądają tajemniczo, a nawet trochę złowrogo. Najbardziej deprymujący moment następuje w miejscowości Ax-les-Thermes, kiedy po wjechaniu z początkowej wysokości około 150 m n.p.m. na prawie 1500 m n.p.m. trafiamy na 10-cio kilometrowy zjazd, który kończymy na wysokości nieco ponad 700 m n.p.m. Niemalże połowa włożonego wysiłku przepadła w zaledwie kilka chwil! Nie tracimy jednak humoru i niedługo po wyjeździe z miasteczka znajdujemy dobre miejsce na obozowisko. Już kolejnego dnia dalsza część zmagań z górami!

Przerwa na posilenie się w drodze na szczyt

Andora, czyli strefa bezcłowa

Ostatnie chwile we Francji. Do granicy z Andorą zostało zaledwie około 30 km, ale, jako że droga prowadzi już wyłącznie do góry, to czeka nas jeszcze kilka godzin jazdy zanim znajdziemy się w kolejnym kraju. Scenariusz wygląda analogicznie do tego z poprzedniego dnia - ciężka walka o każdy metr ze sporadycznymi przerwami na podziwianie widoków, krótki odpoczynek albo szybkie zjedzenie banana lub batonika energetycznego w przypadku, gdy poziom cukru drastycznie spadnie w dół. Tym sposobem, wczesnym popołudniem docieramy  do miejscowości Pas de la Casa leżącej na samej granicy i będącej wielkim, wolnym od podatków targowiskiem. Po dłuższej przerwie na obiad i "małe" zakupy rozpoczynamy już ostatni podjazd przed najwyższym punktem naszej podróży.

A po tych serpentynach wjeżdżaliśmy!

Pas de la Casa, Andora, Pireneje

Wyżej się nie da

Mijamy tabliczkę informującą, że do szczytu zostało zaledwie 500 m. W tym momencie rozpoczynamy wyścig na ostatnim etapie podjazdu, którego zwycięzcą zostaje Maciek. Na mecie za ten heroiczny wyczyn zostanie uhonorowany zasłużonym medalem z konserwy. To jednak nastąpi dopiero po obowiązkowej sesji zdjęciowej i nacieszeniu się sukcesem, którym niewątpliwie jest pokonanie w 1,5 dnia ponad 3000 metrów w górę na rowerach dociążonych dodatkowo całym niezbędnym do przetrwania dobytkiem (plus kilkoma mniej niezbędnymi rzeczami ;>) po to, aby zdobyć w końcu najwyższą przełęcz Pirenejów. W tych górach, na drodze asfaltowej, wyżej się już być nie da!

Na szczycie najwyżej położonej drogi asfaltowej w Pirenejach!
Od lewej: Maciek z jego medalem z konserwy, Tomek, Piotrek i ja.

Długa droga w dół

Teraz czas na prawdziwą nagrodę za trudy ostatnich dni. Kierujemy się w stronę Hiszpanii, co oznacza, że przez najbliższe 50 km czeka nas niemalże nieustanny zjazd, a potem długi okres płaskiego terenu. Aby dać odpocząć naszym hamulcom, a także dłoniom, które bez przerwy muszą je naciskać, robimy niedługi postój w stolicy Andory, w której napisy "DUTY FREE" nie są aż tak bardzo wyeksponowane, jak miało to miejsce przy granicy z Francją. Podczas szybkiego zwiedzania mamy jeszcze okazję poczuć się jak gwiazdy filmowe, kiedy właściciel jednej z restauracji prosi nas o zrobienie sobie z nim wspólnego zdjęcia.

Odcisk dłoni Pau Gasola w McDonaldzie w stolicy Andory

Nareszcie Hiszpania

Dalej kontynuujemy swoją drogę w dół, która tym razem zostaje przerwana tuż przed wjazdem do Hiszpanii, kiedy to strażnik graniczny zatrzymuje nas i dość zdecydowanie komunikuje, że na terenie tego kraju obowiązkowa jest jazda w kasku i jesteśmy zobowiązani do ich zakupu w najbliższym sklepie. Potulnie obiecujemy spełnić jego żądanie po czym dalej zmierzamy wgłąb Półwyspu Iberyjskiego zaczynając powoli rozglądać się za jakąś ustronną polanką nadającą się na nocleg. Do miejsca docelowego naszej podróży pozostało jeszcze prawie 200 km, ale już teraz mamy poczucie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty.

W końcu w Hiszpanii!
A po ciężkiej pracy można pozwolić sobie na nagrodę 😀

Wpis ten jest kontynuacją serii opisującej moją wyprawę rowerową z Jeleniej Góry do Barcelony w lipcu 2017 roku. Jeżeli chcesz przeczytać pozostałe, to polecam zajrzeć tutaj!

Dodaj komentarz

Scroll to top
%d bloggers like this: